Osobiście spotkałam się w owym narzędziem mordu dopiero po spłynięciu wojska do obozu, gdy pełna czci i wiary w niemożliwe, poszukiwałam herbaty lub kawy między skwierczącymi na grillu kiełbaskami tudzież karkówką. Wtedy to pani o aparycji Dody wraziła mi jedną z końcówek parasola w oko. W tym miejscu serdecznie Dodzie dziękuję.
Całokształt imprezy TAK! TAK! i raz jeszcze TAK! Było bosko. Mimo czasem trudnego do zniesienia deszczu i zimna, po rozpoczęciu inscenizacji po prostu przestawało się czuć, że za kołnierz coś pada, że ręce na aparacie grabieją z zimna. Potężna dawka pozytywnych emocji, autentyczny entuzjazm i radość z jaką odtwórcy historyczni szaleli na polu odgrodziła mnie od "wszelkiego złego" zagarniając w inny świat. Myślę, że mogłabym stać po kolana w błocie a nawet bym tego nie zauważyła.
Właśnie dla takich chwil WARTO żyć. Dla chwil, w których czujesz namacalnie, że są ludzie, którym się chce zrobić coś więcej, niż rozpłaszczyć zad przed telewizorem.
Za to nieustająca Wam cześć i chwała!
Samej bitwy opisywać nie będę. Kiepski ze mnie kronikarz, w podręcznikach historii przeczytacie dokładnie. Tu wspomnę tylko tyle:
Pawełek Sapieha kontra wojska Radziwiłłów.
Tu udało mi się uwiecznić strzelającą armatę. Armaty i muszkiety strzelały często...i głośno. Wynikiem tego przy niemal każdym strzale podskakiwałam jak zając i tylko parę zdjęć owych kanonad wyszło mi dobrze. To co leci przed chmurą dymu to strzępki prasy codziennej. Prawdę mówiąc to najlepsze zastosowanie dla niektórych gazet...
Tu uwieczniłam wysiłki saperów, którzy też dodali swoje parę groszy wprowadzając krety w stan przedzawałowy.
I na plasterki!!
Tatarzy. Znajomi z Jurowiec i Grunwaldu :D
Po bitwie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz